Z Martą Smolińską, certyfikowanym coachem i trenerem rozmawiają studentki I roku CiDF (2015/16)

M. Smolińska

Katarzyna Leciej: Dzień dobry!

Marta Smolińska: Dzień dobry!

Alicja Michalska: Dzień dobry! Z tej strony Alicja i Kasia. Bardzo cieszymy się, że zgodziła się Pani na rozmowę z nami i poświęci nam chwilkę. Może od razu zaczniemy.

MS: Dobrze, nie ma sprawy!

AM: Pierwsze pytanie: kiedy i jak zaczęła się Pani przygoda z coachingiem?

MS: <Śmiech> To jest trudne pytanie. Hm… Tak naprawdę pomysł, żeby pracować coachingowo, w ogóle żeby pracować z ludźmi, zrodził się jakieś dziesięć lat temu. Od tamtej pory dość konsekwentnie szłam w tę stronę. Prawda jest też taka, że jak dziesięć lat temu usłyszałam słowo „coaching”, to jeszcze to słowo ani nie było znane, ani popularne, ani nie było wiadomo, co się pod tym słowem tak naprawdę kryje. Wtedy jeszcze nie dotarłam do żadnych sensownych szkół i poszłam troszkę inną drogą. Po studiach podyplomowych, które były dla mnie inspiracją, zdecydowałam się na dwuletnią szkołę trenerską, która była rekomendowana przez Polskie Towarzystwo Psychologiczne – i tam też nauczyłam się wielu kompetencji, które potem bardzo mi służyły. Gdyby tak naprawdę dobrze się przyjrzeć, to już wtedy pracowałam blisko takiego rozumienia pracy z człowiekiem, jakie przyjmuje coaching, ale nie był to coaching rozumiany jako pełna, odrębna metoda. Tak naprawdę zawodowym, profesjonalnym, takim „pełnowymiarowym” coachem jestem ponad trzy lata.

KL: Czym zajmowała się Pani wcześniej?

MS: Wcześniej zajmowałam się głównie rozwijaniem miękkich kompetencji, i to była praca głównie w kształceniu kadr pomocy społecznej. W dużym stopniu intuicyjnie stosowałam wiele elementów bliskich coachingowi, a nawet o tym nie wiedziałam. Ze zdziwieniem później odkryłam „ O! przecież ja to robię!”. To oczywiście nie było pełnym, profesjonalnym coachingiem. Natomiast bardzo dużo kompetencji używałam już wcześniej, co na pewno potem mi pomogło.

KL: Co było przełomowym momentem w Pani karierze coachingowej?

MS: Nie pamiętam bardzo przełomowych momentów, chociaż wyróżnię kilka ważnych. Miałam szczęście skończyć bardzo dobrą, długą i intensywną szkołę coachingową – to było coś, co samo w sobie było dobrym początkiem i od razu przełomem, ponieważ to była szkoła, która dała mi bardzo duży warsztat pracy i naprawdę szerokie kompetencje i dobre rozumienie pracy z ludźmi. Szkoła Profesjonalnego Coachingu, o której mowa, to było coś, co umożliwiło mi dobry start. Jak już wystartowałam i zaczęłam pracować coachingowo, to zaczęłam też zwracać dużą uwagę na to, co mi leżało na sercu – żeby ten zawód cały czas podlegał procesom profesjonalizacji, środowisko się integrowało i żebyśmy my jako coachowie nawzajem się wspierali i rozwijali. To coś z poziomu takiej misji – tego, żeby coaching był profesjonalny i świadczony w oparciu o wysokie standardy. Wtedy zajęłam się koordynowaniem Klubu Coacha we Wrocławiu – najpierw wspierając, później robiąc to sama. Organizowałam warsztaty, zapraszałam różnych ciekawych ludzi – po to, żebyśmy my coachowie we Wrocławiu mogli się spotykać i rozwijać. Następnie, będąc w Izbie Coachingu, zostałam dyrektorem oddziału dolnośląskiego – i to w jakiś sposób też spowodowało mój osobisty rozwój na poziomie tożsamości. To jednocześnie wiąże się ze wspieraniem coachów, ale z drugiej strony z pełną świadomością patrzenia na to, co się dzieje – a dzieją się też różne nieprawidłowości, niestety: rynek pełen jest osób, które nazywają się coachami, ale nie ukończyły odpowiednich szkoleń i nie posiadają kompetencji. To też spowodowało jednocześnie wzrastanie takiego poczucia odpowiedzialności za to, co ja mogę w związku z tym zrobić. Dosyć mocno zbiegało się to z tym, że zaczęłam pracować na uczelniach i być wykładowcą coachingu. To znowu spowodowało, że promuję i zachęcam do tworzenia programów zgodnych ze standardami czy pod patronatem na przykład Izby Coachingu; jest to dla mnie bardzo ważne. Bycie spójną w tym, w co wierze i bycie spójną w tym, co robię. Taką klamrą, która teraz jest ważnym przełomem, jest właśnie współpraca z Instytutem Psychoedukacji i Rozwoju Integralnego, w którym się wykształciłam. To jest trochę powrót do miejsca, z którego wyszłam – i to też daje mi takie mocne ugruntowanie, mocne poczucie, że jestem we właściwym miejscu z właściwymi ludźmi i idę we właściwym kierunku. To są takie mocne zawodowe kroki, a jednocześnie to wszystko związane jest z takimi moimi wewnętrznymi dużymi krokami rozwojowymi na poziomie i tożsamości, i na poziomie bycia spójną i określaniu tego, co jest dla mnie naprawdę ważne w tej pracy.

AM: Co należy do głównych zadań Instytutu Psychoedukacji i Rozwoju Integralnego?

MS: Nie wiem czy to jest dobre słowo – „zadań”… Powiem, co faktycznie jest ważne dla Instytutu. Instytut jest ośrodkiem rozwojowym, ale chyba najbardziej znany jest z kształcenia coachów, czym zajmuje się już wiele lat. Był jednym z pierwszych takich miejsc w Polsce i jako jedna z takich placówek mocno windowała standardy do góry. Była promotorem prowadzenia treningu interpersonalnego w programach kształcenia, wprowadzenia superwizji, wielu godzin praktycznej nauki w miejsce dużo krótszych kursów, i na koniec – szerszego spojrzenia na zastosowanie coachingu, który w Polsce zaczynał się od zastosowania w biznesie. Później wiele standardów pracy i kształcenia coachów wprowadzanych w Szkole Profesjonalnego Coachingu znalazło swe odzwierciedlenie na przykład w Systemie Akredytacji Izby Coachingu. Sam Instytut, a szczególnie jego założyciel Leszek Zawlocki był zawsze mocno obecny i zaangażowany w to jak może i jak powinien wyglądać zawód coacha w Polsce: czy przy tworzeniu Izby Coachingu, czy przy tworzeniu standardów etycznych, czy wspominanych standardów akredytacji w Izbie Coachingu. Obecnie jest bardzo dużo szkoleń i kursów specjalistycznych i one zawsze są na bardzo wysokim poziomie, i zawsze też prowadzone przez dobrych ekspertów – łącznie z kształceniem uruchamianym w kierunku coachingu zespołowego i pracy z grupami. Z jednej więc strony Instytut koncentruję się na kształceniu coachów, ich doszkalaniu, prowadzeniu superwizji, a z drugiej strony ma ciągłą łączność z innymi klientami, instytucjonalnymi organizacjami, biznesem – po to, żeby ten przepływ doświadczeń i przepływ wiedzy cały czas funkcjonował; oferuje też dużo inicjatyw dla ludzi w postaci różnych szkoleń czy warsztatów rozwojowych. Tam się bardzo wiele dzieje na różnych płaszczyznach.

AM: Co najbardziej ludzi Pani w swojej pracy?

MS: <Śmiech> Co ja najbardziej lubię w swojej pracy? Lubię wiele rzeczy! Opowiem o dwóch. Najbardziej lubię takie spontaniczne telefony od klientów. Dzwoni do mnie klient i pyta: „… a jak się czuje coach, kiedy słyszy, że jego klient robi to i to…” i opowiada o swoim sukcesie. Wtedy pojawia się na mojej twarzy szeroki uśmiech i pewnie jakiś, być może, taki „błędny wzrok”. Bardzo przyjemne są dla mnie te momenty, kiedy to nawet po długim czasie dostaję smsa lub e-maila: „Wiesz, Marta, u mnie jest tak i tak… dzięki coachingowi zadziało się to i to… zrobiłam/em to…”. To są bardzo przyjemne momenty. Właśnie chyba te po dłuższym czasie są najprzyjemniejsze; wtedy wiem, że „ten coaching działa”, i działa na długo. Klienci sami mocno się zmieniają w wyniku coachingu: biorą dużą odpowiedzialność za swoje życie, stają się sprawczy, mają więcej optymizmu, więcej działają na swoją korzyść, a nie przeciwko sobie… A to, że to działa na długo i po dłuższym czasie funkcjonują właśnie w ten sposób jest dla mnie dowodem na to, że te kompetencje, ten rozwój, który w nich nastąpił, wiązały się nie tylko z osiągnięciem jakiegoś celu, tylko trwałą zmianą ich „jakości bycia”. Nie mówiąc o czystej ludzkiej radości z tego, że komuś się udaje, wiedzie, że mu dobrze w jego życiu czy pracy… Szalenie lubię również widzieć, obserwować jak młodzi adepci coachingu się go uczą, jak sami na sobie doświadczają tego, co dzieje się na przykład na zajęciach. Otwierają się im oczy i te oczy czasami jakby „miały z orbit wyskoczyć” <śmiech>. Ta radość po zajęciach, kiedy są taaacy zmęczeni, bo ciężko pracują. Na takie studia czy do takich szkół zwykle przychodzą ludzie, którzy wiedzą, czego chcą, albo przynajmniej w trakcie dowiadują się, że dokładnie tego chcą i zakochują się i w rozwoju własnym i w pomaganiu w sposób profesjonalny; odczuwają to na sobie. To są też te niezwykle przyjemne momenty, kiedy czy to na przerwach, czy to po zajęciach podchodzą i widzę jacy są zmęczeni i usatysfakcjonowani, czasami bardzo poruszeni… Te momenty bardzo lubię. To są chyba właśnie te dwa, które lubię najbardziej.

KL: Co chciałaby Pani jeszcze osiągnąć? Jakieś marzenia? Cele?

MS: Jeśli chodzi o mnie i o coaching to chciałabym, żeby nic mi się nie zmieniło, żebym dalej miała radochę <śmiech>. Żebym dalej robiła to z przyjemnością, ale myślę, że tu nie ma ryzyka, żeby się to szybko zmieniło. Aczkolwiek jest to na pewno zawód obarczony pewnym ryzykiem wypalenia zawodowego i warto o tym pamiętać, ale na ten moment nie widzę, żeby mi to groziło. Natomiast mam takie marzenie odnośnie tego, jak bym chciała, żeby wyglądał sam coaching w Polsce… Marzy mi się, żeby o coachingu w Polsce mówili ludzie, którzy się na nim znają, bo teraz bywa bardzo różnie. Marzy mi się także, żeby coachem nazywał się ktoś, kto ma przygotowanie do tego, żeby pełnić taką rolę zawodową, więc marzy mi się taki moment, żeby coachami nazywali się ci, co są coachami; że w Polsce o coachingu mówią ci, którzy się znają na coachingu, a nie tylko mają znane nazwisko, i że klienci otrzymują dobrą usługę – sięgają po nią ze świadomością co mogą dostać i rzeczywiście to dostają. Tak... To mi się marzy. Pewnie to trochę taka utopia, ale jestem człowiekiem, który marzy, więc ja o tym marzę. Marzę, że w tym wszystkim jakoś jestem i niosę jakieś dobro – i dla środowiska coachingowego, i dla siebie samej, i dla klientów, i dla studentów, dużo tego…

AM: Co zyskała Pani dzięki coachingowi? Zmienił on coś w Pani życiu lub w Pani samej?

MS: Yhm. Bardzo dużo. Zaczęłam swoją osobistą pracę nas sobą i z własnym rozwojem jeszcze wcześniej, praktycznie dziesięć lat temu. Coaching był taką kropką nad „i”. Dopełnił całość tego, co wcześniej ze sobą zrobiłam. Dopełnił na polu brania odpowiedzialności i poczucia sprawczości. Tak naprawdę zawsze jesteśmy sprawczy – bo w końcu jak nie działamy, to ostatecznie też coś sprawiamy… Natomiast uświadomienie sobie tego i wzięcie odpowiedzialności, dojrzewanie w takiej wolności, że ja mogę, nie muszę, czyli ja wybieram – to jest sedno. To taki proces dojrzewania, któremu przez całe życie podlegamy, a coaching ma w sobie taki „podtlenek azotu”, takie „turbodoładowanie” <śmiech>. Coaching bardzo mocno przyśpieszył w moim życiu wszelkie zmiany, których doświadczałam już wcześniej, spowodował, że zaczęłam wszystko, co robię, robić jeszcze bardziej świadomie i jeszcze bardziej odpowiedzialnie. Tak naprawdę coachingowi zawdzięczam szalenie dużo Wszystko to gdzie jestem dziś zawdzięczam coachingowi i… sobie – temu, że się tym zajęłam i zajęłam się tym pracując nad sobą i na sobie.

KL: Czy umiejętności coacha przeszkadzają w życiu prywatnym, czy raczej pomagają?

MS: Trzymanie granic jest zdrowe <śmiech>. Zdrowe dla relacji i z szacunku do innych jest dobrze nie mieć tendencji „żeby coachować wszystko, co na drzewo nie ucieka”, w tym własnego męża, któremu zdarzyło się kiedyś powiedzieć: „Nie stosuj na mnie tych swoich psychologicznych sztuczek” <śmiech>. Ważne jest to, żeby otoczenie nie miało poczucia, że jest przedmiotem, ale podmiotem. Gdy zaczynamy stosować elementy coachingu robiąc to bez ich zgody i bez pytania, a jesteśmy w relacji przede wszystkim przyjacielem, to tak naprawdę robiąc to często wychodzimy z prawdziwego, osobistego kontaktu, łatwiej nam schronić się w roli coacha, niż być osobiście… Trzymanie granic tego kim jestem i w jakiej roli jestem i gdzie – jest bardzo ważne. Jednocześnie jednak jak się umie pływać, to się nie da przestać umieć pływać. Jeżeli pojawiłaby się jakaś trudniejsza sytuacja czy rozmowa, to w sposób naturalny ktoś, kto jest coachem, ma większe umiejętności, by umieć usłyszeć drugą osobę pomimo pojawiających się trudnych emocji. Prędzej zada pytanie albo prędzej wyrazi to, co czuje w komunikacie typu „ja”, niż na przykład pójdzie na skróty prostą, powierzchowną oceną, która jeszcze na dodatek mogłaby być agresywna i naruszać granice drugiej osoby. W sposób naturalny te kompetencje komunikacyjne czy bycia z ludźmi są więc większe. Pod warunkiem, że pamiętamy, że jak jestem żoną – to jestem żoną, jak jestem koleżanką – to jestem koleżanką, a jak jestem coachem – to jestem coachem… i jednak co innego robię, a co innego zostawiam i inaczej patrzę na drugą osobę.

AM: Co myśli Pani o związku coachingu z filozofią, jaki oferuje nowy kierunek na naszej uczelni?

MS: Coaching wyrasta w dużej mierze w filozofii. Dla mnie osobiście pojawia się taki rodzaj radości, że filozofia przestaje być czymś, co może przejść tylko pod strzechy. Tym bardziej, że był (a może jest?) taki moment w edukacji, kiedy nacisk kładziony był na same techniczne i ścisłe kierunki, a humanistów traktowano trochę z przymrużeniem oka. Jednak cywilizacja, ludzkość jako taka – jeżeli ma się rozwijać – nie rozwinie się dobrze bez humanistów i bez filozofii. Więc gdy myślę o takim połączeniu coachingu z filozofią, to pojawia się taka jakaś… nadzieja. Świadomość i pytania, które niesie za sobą filozofia połączona z coachingiem, jako metoda praktyczna, może wiele wnieść w takim głębszym rozumieniu siebie, życia i świata. Jest to taka nadzieja też na poziomie egzystencjalnym – że mogą nam takie propozycje pomóc żyć świadomiej i mądrzej, przeżyć życie dobrze… a mamy ponoć jedno życie (chyba, że ktoś wierzy w reinkarnację). Myślę, że jest to ciekawe połącznie i zainspiruje tych, którzy kształcą się na tym kierunku, chcących robić coś, co może trafić do ludzi, którzy nie są filozofami: móc wesprzeć, towarzyszyć im w ich drodze życiowej, stanąć przed ważnymi pytaniami.  

AM: Pani najbliższe plany zawodowe...

MS: Najbliższe plany zawodowe… Kontynuować to, co robię teraz. Tak naprawdę na ten moment nie mam potrzeby jakichś dużych zmian. Czyli chcę rozwijać Instytut Psychoedukacji i Rozwoju Integralnego we Wrocławiu, rozwijać Izbę Coachingu, dalej prowadzić swoją działalność Harmony Coaching, być aktywną w Wyższej Szkole Bankowej… Jednocześnie coraz mocniej rozwijam się w nurcie Gestalt i tak myślę, że na takim osobistym poziomie mojej pracy bardzo mi to dużo daje, jako coachowi. Przyglądam się, co może coaching zaczerpnąć z Gestaltu, choć nie jestem w tym pierwsza, oczywiście. To jak ja rozwijam swój warsztat pracy właśnie czerpiąc z Gestaltu, to jest jakieś wyzwanie i kolejna przestrzeń, na odkrycie której cały czas mocno się cieszę. No to takie mam wyzwania!

KL: Rada dla na studentów coachingu?

MS: Nie przestawać się uczyć, superwizować się i pracować, pracować, pracować… Czyli nie przestawać na samej nauce, bo bez treningu, bez praktyki nie da się zostać coachem. Pracować ze sobą, rozwijać się, własną świadomość, własną odpowiedzialność i własną wolność. Cieszyć się życiem tu i teraz. Coaching mówi dużo o przyszłości, natomiast to do czego ja chciałabym troszkę zachęcić, to żeby też nie żyć cały czas jutrem, bo ostatecznie zawsze jutro będziesz też myśleć o jutrze, i w kolejne jutro o kolejnym jutrze… wtedy to życie gdzieś się gubi. Żyć tu i teraz.

AM: Czy ma Pani osobę, która Panią inspiruje?

MS: Mam wiele takich osób. Na pewno nie wiem czy inspiruje, ale czerpię dużo z mojego męża. Jest on osobą potrafiącą w niezwykły sposób odróżnić rzeczy ważne od mniej ważnych; zachowuje wewnętrzną harmonię i spokój, czyli coś, co jest dla mnie w moim życiu bardzo ważne i co mi bardzo pomaga. Czasami na niego patrzę i uświadamiam sobie po raz kolejny na nowo, że takie skupienie się na tym, co jest faktycznie ważne, jest dla mnie lepsze niż gonienie za wszystkim. Jeśli natomiast chodzi o życie zawodowe… na pewno człowiekiem, który zawsze stawiał poprzeczkę tak, że musiałam się trochę spocić, żeby doskoczyć, taką osobą, która mocno mnie inspirowała i jednocześnie mocno pobudzała do rozwoju, to zawsze był Leszek Zawlocki. Jest to osoba, która była moim nauczycielem coachingu, potem superwizorem, a teraz jest osobą, z którą współdziałam w ramach Instytutu – i do tej pory wciąż jest osobą, która najlepiej i najmocniej stawia wyzwania. Ciekawe, co pomyśli, jeśli to przeczyta <śmiech>. Ale nie powiedziałabym prawdy, gdybym powiedziała, że tylko Leszek. Mam to szczęście, że wokół mam wielu przyjaciół, znajomych, którzy mnie inspirują, wspierają, towarzyszą… im wszystkim bardzo dziękuję.

KL: Jak widzi się Pani za dziesięć lat ?

MS: <Śmiech> Jak ja się widzę za dziesięć lat ? Hm... Zwykle planuję w cyklach pięcioletnich..

AM: Dobrze, możemy to skrócić do pięciu lat

MS: Te dziesięć lat też może być fajne... Poczekajcie... Zamknę oczy... Chyba jednak potrzebuję pięć lat. Chyba dalej robię to, co robię… W sumie za dziesięć lat też robię to, co robię… Za piętnaście lat chyba też… <śmiech>. Nie przewiduję dużych zmian. Widzę siebie jako osobę, która ma poczucie, że coś fajnego zrobiła dla środowiska coachów w Polsce i dla siebie samej zawodowo. Nie umiem powiedzieć dokładnie, co to jest. Nie wszystko planuję na przyszłość, więc jestem gotowa na niespodzianki. Chyba nawet jestem ciekawa wszelkich niespodzianek, które życie może przynieść. Na pewno to, co bym wciąż chciała czuć za dziesięć lat, to wewnętrzną harmonię, balans i radość z tego, co robię, poczucie sensu. To jest chyba najważniejsze. Wyobrażam sobie siebie za dziesięć lat otoczoną bliskimi ludźmi, których kocham i którzy mnie kochają, świadomą tego, gdzie jestem i kim jestem. Może to brzmi tak ogólnie, ale to jest dla mnie najważniejsze. Nie jestem pewna, którego pierwiastka za dziesięć lat będzie we mnie najwięcej i kim będę. Cały czas łączę różne rzeczy. Jestem ciekawa. Po prostu…

AM: Pani ulubione miejsce na relaks?

MS: Hm... Albo woda, gdy zanurzam się w wodzie, w morzu, gdzieś, gdzie nie ma blisko ludzi, nie ma hałasu. Na przykład zatoczka, gdzie nikogo nie ma. W takich chwilach największego relaksu lubię samotność, ale nie absolutną samotność, lecz dzieloną z najbliższymi osobami. Albo chodzenie po górach – i też w małej grupce lub sama. To jest jeden rodzaj relaksu wiążący się z takim odcięciem, oderwaniem. Bardzo dużo dają mi też podróże. Uwielbiam podróżować, jeździć, bez biur podróży, sama z mapą, w miejsca, gdzie mogę dotknąć innej kultury, gdzie mogę dotknąć życia ludzi, gdzie mogę ich poznać, gdzie mogę posmakować ich kuchni, popatrzeć jak żyją i trochę nabrać dystansu do swojego życia, zmienić perspektywę… I chociaż jest to bardziej proces nauki, poznawania, zaspokajania ciekawości i przygody niż samego stricte relaksu, to powoduje to we mnie taki „detoks głowy”, takie przewietrzenie, taki zdrowy przeciąg… – wiecie... – który powoduje, że automatycznie pojawia się jakiś rodzaj rozluźnienia na głębszych poziomach w moim życiu. Takie rozluźnienie, dystans, spokój i zaufanie, że to życie się toczy w dobrym jednak kierunku.

AM: Ile podróży ma Pani za sobą?

MS: No, trochę mam… ale też nie jestem jakimś szalonym podróżnikiem. Europę w większości mam zwiedzoną, bardzo lubię Bałkany. Może w tym roku uda się odwiedzić Albanię albo Skandynawię – Norwegia jest też na tapecie, zobaczymy... Natomiast podróże, z którymi mam najwięcej wspomnień, to takie, które wiążą się z jakimiś wyzwaniami. Na przykład Kaukaz i Gruzja. Pojechaliśmy tam samochodem, objechaliśmy Morze Czarne, i to była taka moja osobista ogromna przygoda i rozwój, gdzie miałam takie poczucie, że przekroczyłam bardzo mocno swoje wewnętrzne lęki, ograniczenia i sięgnęłam do marzenia i to.., pieruńskiego kopa daje. Podobnie Maroko, szczególnie, gdy zapuściliśmy się w głąb kraju… i zepsuł nam się samochód. Albo podróż do Azerbejdżanu, taki wyjazd bardziej plecakowy, a niespecjalnie turystyczny… Marzy mi się, żeby znowu gdzieś pojechać... Azja Środkowa bardzo mnie ciągnie. Pojechać gdzieś, gdzie nie czuję, że jestem u siebie, gdzie mogę polegać na sobie, mogę siebie doświadczać, mogę siebie słuchać, mogę się odważać. Potem jest co wspominać... Jest to więc chyba to, co mnie tak ciągnie w tych podróżach.

KL: Niezapomniane miejsce, do którego z chęcią by Pani wróciła, to...?

MS: Tak, jest takie. Chyba najbardziej Tuszetia – to jest taka kraina w Gruzji, do której jedzie się przez góry jedną jedyną szutrową drogą. Ta droga ciągnie się zboczem góry, pnie przez przełęcz, a widoki obejmują straszne przepaści. Po kilku godzinach dojeżdża się do kilku wiosek, które są jakby zgubione w świecie. Niedaleko jest Dagesten i Czeczenia. Ma się takie poczucie, że jest się trochę na krańcu świata. Można się tam rozbić namiotem koło wsi, a gdy na dzień dobry do namiotu czy samochodu zaglądają krowy, to ma się poczucie zupełnie innego świata... Tam chciałabym wrócić. Pomimo tego, że w Gruzji byłam już dwa razy, a może w tym roku uda mi się trzeci raz, to w Tuszetii byłam tylko raz i to jest chyba jedno z niewielu miejsc, do których po prostu chcę wracać. Zwykle chcę nowych miejsc, ale tam bardzo chciałabym wrócić.

AM: Bardzo chciałybyśmy podziękować, że poświęciła nam Pani ten czas. Mamy nadzieję, że pytania się podobały i nie tylko my będziemy mile wspominać tę rozmowę. Przy okazji bardzo serdecznie chciałybyśmy zaprosić na kolejne spotkanie z Pani udziałem w ramach Zielonogórskich Spotkań Rozwojowych.

MS: Bardzo było mi miło! Dziękuje bardzo za zaproszenie do tej rozmowy. Mam nadzieję, że to, co powiedziałam będzie się Wam dobrze pisało, a Czytelnikom dobrze czytało i że coś to wniesie.

KL: Do zobaczenia! Bardzo dziękujemy!                                                                                             

AM: Miłego dnia!                                                                                                             

MS: Dziękuję, nawzajem! Trzymajcie się! Pa!

 

Wywiad przeprowadzono 11.03.2016