Z dr Ewą Mukoid, coachem PCC ICF rozmawiają studentki I roku CiDF (2015/16)

Katarzyna Leciej: Dzień dobry! Bardzo cieszymy się, że zgodziła się Pani na wywiad!

Ewa Mukoid: Ja też bardzo się cieszę!

Alicja Michalska: Kiedy i jak zaczęła się Pani przygoda z coachingiem?

EM: Zaczęła się mniej więcej na początku tego tysiąclecia. Będąc we Francji, pracowałam wtedy w międzynarodowej korporacji z centralą w Paryżu, kupiłam gazetę – w tej chwili już nie pamiętam czy filozoficzną, czy psychologiczną – i tam było coś o coachingu. Pomyślałam sobie: „Super, to jest dokładnie to, czego poszukiwałam, potrzebowałam i o czym myślałam”. Bo wcześniej myślałam o tego typu działaniach, natomiast nie miałam ich skonceptualizowanych, więc gdy okazało się, że coś takiego istnieje, bardzo się ucieszyłam i pomyślałam: „O! to jest właśnie filozofia w działaniu!”. Nie tylko czytanie, pisanie, dyskusja, komentowanie, ale faktycznie życie, działanie, zmiana, wprowadzanie tego, co jest ideą, w materialny, namacalny, procesowy kształt.

KL: A czym zajmowała się Pani wcześniej?

EM: Wcześniej zajmowałam się mnóstwem rzeczy. Jestem z wykształcenia filozofem i romanistką. Karierę zawodową zaczynałam od pracy na uczelni, na Uniwersytecie Jagiellońskim. Ale gdy w Polsce zmienił się system polityczny i gospodarczy, pomyślałam, że spędzenie reszty życia w bibliotekach to nie jest najlepszy pomysł. Zabrałam się za działalność gospodarczą, byłam handlowcem, prowadziłam firmy, wykorzystywałam znajomość francuskiego. Nawet przepracowałam ponad rok na zagranicznej budowie. Teraz myślę, że to było trochę jak z Kartezjuszem, który gdy znużył się i rozczarował studiowaniem mądrych ksiąg, w których nie znalazł mądrości, postanowił zacząć czytać w wielkiej księdze życia. Wciągnęłam się w wir życia praktycznego, które jednak po pewnym czasie okazało się dość jałowe i zaczęło mi brakować tego życia bardziej refleksyjnego, głębszego, bardziej kontemplacyjnego. To były zatem te dwa wektory, które doprowadziły mnie do coachingu: z jednej strony filozofia, refleksja, świadomy namysł nad człowiekiem, nad światem, a z drugiej strony – taka wewnętrzna potrzeba aktywności, realizacji, zostawiania swojego odbicia, śladu.

AM: Jak brzmi Pani definicja słowa „coaching”?

EM: Jest to definicja zgodna z ICF, a mianowicie coaching to partnerska relacja z klientem, żeby urzeczywistnić, wzmocnić, wydobyć jego potencjał, po to, żeby mógł on zrealizować dobre dla siebie zmiany, przy czym klientem może być zarówno osoba indywidualna, jak zespół. A może nawet społeczeństwo…

KL: Czy myśli Pani, że coaching to zawód przyszłości? Jeśli tak, to dlaczego?

EM: Tak, wygląda na to, że jest to zawód przyszłości, staje się nim coraz bardziej. A dlaczego? Jest wiele różnych powodów, które zbiegają się i wzajemnie wzmacniają. Jeden to ten, że życie, świat, sytuacja zmieniają się bardzo szybko i stają się coraz bardziej skomplikowane. Tak więc dawniejsze rozwiązania, gdzie ludzie mieli prostą drogę, zaczynali jakąś karierę i wiadomo było z grubsza jak ona będzie wyglądała, budowali rodziny i też było wiadomo mniej więcej jak to będzie wyglądało – obecnie nie sprawdzają się. Jest to efekt po-nowoczesności, z jej płynnością, różnorodnością i nieprzewidywalnością. Jedni dają sobie z tym radę lepiej, drudzy – gorzej, ale bez względu na to jak sobie radzą, wielu zauważa, że lepiej dawać sobie radę, korzystając z pomocy specjalistów. Po prostu jesteśmy coraz bardziej wyspecjalizowani. Dawniej ludzie sami szyli sobie buty, opiekowali się swoimi chorymi, robili przetwory itd. To była taka gospodarka, gdzie każdy robił wszystko dla siebie. W tej chwili korzystamy z gotowych ubrań, gotowych procesów, usług szytych często na miarę. Jeśli istnieją specjaliści, którzy mają kompetencje, żeby nam pomóc, to czemu mielibyśmy z nich nie korzystać? Kolejnym powodem wydaje mi się potrzeba komunikacji; z jednej strony ludzie cierpią na nadmiar atakujących ich zewsząd komunikatów, a z drugiej strony mają niedosyt takiej prawdziwej, rzeczywistej, głębokiej komunikacji. Budowanie siebie w dialogu z drugim człowiekiem. To daje coaching.

AM: Co najbardziej lubi Pani w swojej pracy?

EM: <śmiech> Chyba nie jestem w stanie powiedzieć co najbardziej lubię w swojej pracy, dlatego, że bardzo lubię wszystko i dużo. Absolutnie nie chciałabym się ograniczać, mówiąc, że najbardziej lubię to, a mniej lubię coś innego. Nie mówiąc już o tym, że zaakceptowałam to, że jestem osobą zmienną, więc być może odpowiedź, której udzieliłabym teraz, już jutro nie byłaby prawdziwa.

AM: Czy trudno jest być coachem?

EM: To jest trochę tak jak powiedzenie czy trudno jest nauczyć się języków obcych; dla jednego jest to łatwe, a dla innych jest to bardzo trudne. Niewątpliwie są osoby, które są do tego specyficznie uzdolnione, co nie znaczy, że ktoś, komu jest trudno nauczyć się języka obcego czy prowadzenia samochodu, nie nauczy się tego wcale. Może nawet zdarzyć się, że osiągnie poziom umiejętności wyższy do kogoś, komu było na początku łatwiej. Tak wiele zależy od naszej woli. I od trenowania. Także umiejętności coachingowe – sądzę – każdy jest w stanie, w mniejszym lub większym stopniu nabyć, oczywiście pod warunkiem, że faktycznie chce i że jest gotów pracować nad nimi.

KL: Co było przełomowym momentem w Pani karierze?

EM: Myślę, że zakończenie współpracy z korporacją; było nam bardzo nie po drodze. Zdałam sobie sprawę, że to już koniec udawania i że w końcu zaczynam robić to, co chcę i jak chcę, a nie tak jak mną życie rzuciło.

AM: Skąd pojawił się pomysł na otwarcie szkoły?

EM: Pomysł pojawił się stąd, że ja bardzo lubię nauczanie. Mocno żałowałam decyzji, że kiedyś tak „lekką rączką” odpuściłam i zrezygnowałam z pracy na uczelni. Teraz odnajduję tę satysfakcję, pracując z ludźmi, którzy niekoniecznie są młodzi, bo często są to ludzie starsi, których mogę nie tyle i nie tylko nauczać zawodu, co być dla nich mentorem, inspiratorem. Ludzie przychodzą do naszej szkoły, żeby zdobyć techniczne umiejętności, a wychodzą z czymś ważniejszym, zmianą siebie, zmianą poglądów na siebie i innych ludzi, z nowymi zachowaniami, umiejętnością lepszego życia.

AM: Czy osiągnęła już Pani sukces, który śmiało może nazwać życiowym?

EM: Nie! Absolutnie nie! On ciągle jest przede mną. To ma być moja wielka książka. Nie wiem kiedy się za nią zabiorę, bo ciągle jest tak, że robię rzeczy, które wydaje się, że teraz powinnam zrobić, i odkładam ten cel życiowy na później. Pewnego dnia jednak trzeba będzie się za to zabrać, bo życie niestety nie jest nieskończone.  

KL: Kto jest lub był Pani inspiracją?

EM: Myślę, że Sokrates jako taki emblemat człowieka, filozofa, nie mędrca, tylko kogoś poszukującego mądrości.

AM: Ma Pani swoją ulubioną książkę, autora?

EM: Bardzo ważną dla mnie książką kiedyś było W poszukiwaniu straconego czasu Marcela Prousta; czytałam ją dawno temu, ale ciągle jeszcze mam wiele z niej w sobie i w pamięci i pewnie do tego bym wróciła. Również Dialogi Platońskie, na pewno Fenomenologia ducha Hegla.

AM: Przeczytałam, że wiernie kibicuje Pani swojej córce. Czy możemy dowiedzieć się czym się zajmuje?

EM: Tak! Możecie. Moja córka jest reżyserem filmów dokumentalnych. Nazywa się Aleksandra Maciuszek. Swoje filmy tworzy gdzieś pomiędzy Polską, Kubą i Meksykiem. Bardzo ją podziwiam, podziwiam jej wytrwałość, upór, pracowitość i odwagę.

KL: Czy praca w zawodzie coacha wpływa na relacje w rodzinie? Czy można przestać „coachować”?

EM: Faktem jest, że bycie coachem zmienia nasze zachowanie, postępowanie i postawę. To jest zmiana na lepsze. To fantastycznie odbija się na naszych stosunkach z najbliższymi, a nawet z dalszymi, na przykład osobami spotykanymi na ulicy, w windzie itd. Coaching uczy, po pierwsze, słuchania; po drugie, otwartości; po trzecie, wiary w wartość drugiego człowieka – wiary w to, że ona w nim jest. Otoczenie – zarówno bliższe, jak i dalsze – reaguje na to bardzo pozytywnie. Czasami bywają także śmieszne sytuacje jak na przykład wtedy gdy moja córka chce ode mnie jakiejś rady i mówi: „Przestań mnie coachować! ja potrzebuję Twojej rady!”. A ja powoli przestaję umieć udzielać rad; po prostu nie czuję się w tym kompetentna. Mogę ewentualnie powiedzieć co ja bym zrobiła, ale to jest tylko to, co ja bym zrobiła, a nie to, co warto by dana osoba zrobiła.

AM: Co ważnego zyskała Pani dzięki pracy?

EM: Myślę, że zmieniłam siebie, stałam się bardziej spokojna i radosna.

KL: Pani ulubione miejsce na relaks...

EM: Ha! Morze! Ciepłe morze, pod niebieskim niebem, plaża… Zresztą nawet nie musi być morze, może być jakaś wielka rzeka lub jezioro. W każdym razie słońce, niebieskie niebo, wysoka temperatura i woda.

AM: Jak widzi się Pani za 10 lat?

EM: Widzę się właśnie gdzieś w takim miejscu, gdy kończę pisać moją Mądrą Książkę i nadal pracuję z ludźmi.

AM: Zdradzi nam Pani jakie to jest miejsce?

EM: Tak, myślę o południu Francji. Mogłaby to też być Ameryka Południowa, ale chyba jednak bardziej Europa.

AM: Trzy cechy profesjonalnego coacha...

EM: Przede wszystkim otwartość, ciekawość i pokora.

KL: Wskazówka od Pani dla nas – studentów coachingu...

EM: Obserwować siebie, ludzi i świat – refleksyjnie, zastanawiać się, nie brać rzeczy tak jak się wydają na pierwszy rzut oka, ale starać się sięgać głębiej, patrzeć z różnych punktów widzenia – zarówno przestrzennych jak i czasowych, indywidualnych jak i wspólnych; doświadczać.

AM: Bardzo cieszymy się i dziękujemy, że znalazła Pani dla nas czas i szkoda, że musimy już kończyć! Jest to dla nas nowe, ciekawe doświadczenie. Chciałybyśmy życzyć Pani wesołych, spokojnych świąt spędzonych w gronie najbliższych.

EM: Też bardzo się cieszę, że to właśnie ze mną przeprowadziłyście swój pierwszy wywiad. Życzę Wam pięknych świąt, takich jakie chcecie, żeby je później dobrze wspominać. Życzę Wam też wielu fascynujących rozmów, spotkań. Dziękuję!

AM, KL: Bardzo dziękujemy! Miłego dnia! Do widzenia!

Wywiad przeprowadzono 21.12.2015