Rozmowy

Z dr Magdą Fres, certyfikowaną i akredytowaną przy Izbie Coachingu life i creativity coach rozmawiają studentki I roku CiDF (2015/16)

M.FresKarolina Kupczyk: Dzień dobry. Jestem Karolina Kupczyk, a razem ze mną wywiad będzie przeprowadzać moja koleżanka Kasia Leciej.

Magda Fres: Dzień dobry.

KK: Chcemy z Panią porozmawiać o tym jak potoczyła się Pani kariera w kontekście coachingu. Czy już na początku wiedziała Pani jak to wszystko będzie wyglądać? Czy był jakiś plan i czy to wszystko poszło tak idealnie jak wszystkim mogłoby się wydawać?

MF: Jasne, wszystko poszło idealnie (śmiech).

Katarzyna Leciej: Cieszymy się bardzo, bo w końcu nie bez przyczyny się mówi, że marzenia są od tego, żeby je spełniać.

KK: Czym jest dla Pani coaching? Takie pytanie nasunęło mi się, kiedy przygotowywałam się do tego wywiadu, ponieważ dr Barbara Czardybon podczas zajęć z Podstaw coachingu tłumaczyła nam, że każdy coach ma swoją definicję coachingu. Jak więc Pani definiuje coaching?

MF: Ogólnie rzecz biorąc, coaching to w tej chwili najskuteczniejsza na świecie metoda towarzyszenia w osiąganiu celów, która opiera się na tym, że to klient jest pełnym autorem swojej zmiany, natomiast coach potrzebny jest mu do tego, żeby ten klient potrafił działać w najlepszej wersji siebie przy użyciu wszystkich zasobów, które posiada, i które decyduje się używać. Coach jest mu potrzebny do tego przede wszystkim, żeby sam siebie usłyszał, kiedy mówi, bo my siebie nie słyszymy. Słyszenie siebie potrzebne jest do budowania samoświadomości, a co za tym idzie, do brania odpowiedzialności za zmianę.

KL: Dlaczego w ogóle zainteresowała się Pani coachingiem?

MF: Dlaczego? Bo znalazłam się w takim miejscu w moim życiu, w którym znowu byłam gotowa na nowy początek. Z tym, że doszłam do wniosku, że nie chcę znowu zaczynać wszystkiego od nowa, uczyć się czegoś od nowa, znajdować nową pracę, uczyć się nowych umiejętności i nowych kompetencji, tylko chciałabym przede wszystkim nauczyć się używać tego wszystkiego, czego już w życiu się nauczyłam, w jakiś nowy sposób. Jestem psychologiem i też w życiu wykonywałam różne inne zawody, więc zdobyłam różnego rodzaju kompetencje, ale nie utraciłam wrażliwości psychologicznej i też w wykonywanych przeze mnie pracach miałam dużo takich sytuacji, w których byłam w roli osoby, która udziela pomocy psychologicznej. Natomiast nie chciałam nigdy iść w stronę psychoterapii. Zastanawiałam się w jaki sposób mogłabym znaleźć pracę, w której użyłabym różnego rodzaju swoich kompetencji, również w prowadzeniu własnej firmy, kompetencji pracy z ludźmi (bo zawsze pracowałam z ludźmi) i swoich własnych cech osobowości, które też wiążą się z wrażliwością na drugiego człowieka. W jaki sposób mogłabym użyć tego wszystkiego, co jest dla mnie ważne w nowej pracy? Stwierdziłam, że nie ma takiej pracy, że sama muszę ją stworzyć, a szansę do stworzenia takiej pracy daje mi właśnie coaching. Przy czym stwierdziłam, że nie mogę być byle jakim coachem, muszę być bardzo dobrym coachem; muszę wybrać bardzo dobrą szkołę, która dałaby mi świetne przygotowanie merytoryczne. Jednocześnie zdecydowałam się, że tak szybko jak to będzie możliwe, zakładam firmę i zaczynam działać. Byłam na sto procent przygotowana do tego, że to jest to, i że zamierzam włożyć sto procent wysiłku w pracę w tym zawodzie i sto procent ryzyka. I tak to się zaczęło – wybrałam Szkołę Profesjonalnego Coachingu, która okazała się rzeczywiście rewelacyjną szkołą. Wyobraźcie sobie, że do tej szkoły przychodzą ludzie, którzy niewiele mają wspólnego z pracą z ludźmi, ale również psychoterapeuci, którzy niczego innego nie robią, tylko pracują z ludźmi, pracują z własną wrażliwością; i wszyscy ci ludzie mają szansę pracować ze swoimi kompetencjami, umiejętnościami, zdolnościami, z innym spojrzeniem. Uczą się w inny sposób używać tego, czego używali do tej pory. Jest to szkoła, która ma bardzo wysokie standardy, jest w stanie sprostać wysokim wymaganiom. Jestem bardzo zadowolona z tej szkoły.

KK: Kolejne pytanie, które nasunęło mi się po tym, jak zobaczyłam, że napisała Pani książkę Mama, smoczek!: jak Pani łączy obowiązki związane z życiem prywatnym i zawodowym? Jest to jednak dość wielkie wyzwanie. Czy praca wpływa na Pani życie prywatne? Czy coachuje Pani rodzinę?

MF: Jak ja to łączę? Wiecie, rodziny się nie da coachować. Kiedy byłam jeszcze w Szkole Profesjonalnego Coachingu, zmieniło się moje spojrzenie na świat i sposób rozmawiania z ludźmi. Nie wiem czy Wy też tak macie, że jak dzwoni do was przyjaciółka, to wy nie możecie z nią normalnie gadać, tylko zadajecie jej pytania?

KK: Ostatnio coraz częściej (śmiech).

MF: To ja tak właśnie wtedy zaczęłam mieć. Po jakimś czasie, na szczęście, mi przeszło. Kiedyś mieliśmy ważną rozmowę z mężem, a on mi powiedział: „Przestań mnie coachować, tylko mi radę daj”. Wtedy się zorientowałam, że OK, mogę odpuścić. Więc nie, nie coachuję rodziny. Myślę, że funkcjonujemy na poziomie komunikacji tak samo jak przedtem, że w ciągu ostatnich lat nic się nie zmieniło. A jak to jest możliwe, że łączę życie zawodowe z życiem prywatnym? To jest możliwe dlatego, że mam takiego cudownego męża. Byłam ostatnio na dużej konferencji dla kobiet w biznesie i one wszystkie tam mówiły, że gdyby nie partner życiowy, który pomaga w wychowaniu dzieci i w prowadzeniu domu, nie byłyby w stanie prowadzić swoich biznesów. Ja mam dokładnie to samo. Gdyby nie mój mąż, to nigdy nie byłabym w stanie wykonywać swojej pracy. Zwłaszcza, że coaching jest specyficznym zawodem i sporo klientów chce spotykać się po pracy, czyli w godzinach popołudniowych, wtedy, kiedy dzieci są odbierane ze szkoły i przedszkola, wtedy, kiedy większość ludzi ma wolne.

KL: Co ważnego zyskała Pani dzięki swojej pracy?

MF: Przede wszystkim spełniła moje oczekiwania co do tej pracy, o której mówiłam na początku wywiadu, czyli miałam takie oczekiwania, że sama sobie pracę wymyślę i stworzę w oparciu o to, co już wiem, umiem, co ewentualnie chciałabym wyszlifować. Nie chcę się uczyć wszystkiego od początku. Udało mi się to stworzyć. Mam pracę, w której pracuję nie tylko swoimi umiejętnościami, ale pracuję swoją osobowością – to jest ważne. Ja po prostu mogę być w pełni sobą w tej pracy. Spełniam się i jak najbardziej realizuję. Moja praca zapewnia mi też ogromną różnorodność. Nie lubię robić w kółko tego samego, a tutaj robię naprawdę bardzo dużo różnych rzeczy, a jak mi mało, to sobie jeszcze wymyślę.

KK: W takim razie czy mogę rozumieć, że założenie tego biznesu było momentem przełomowym w Pani karierze?

MF: Myślę, że momentem najbardziej przełomowym była decyzja o zajęciu się coachingiem. To był pierwszy krok, który doprowadził do dalszych zmian. Było tak, że Szkoła Profesjonalnego Coachingu już po 125 godzinach zajęć wydaje coś, co się nazywa licencją coacha, czyli już po tym pierwszym okresie nauki można wykonywać ten zawód. Poza tym jeszcze „siedzi się” w tej szkole do końca roku, czyli następne 7 czy 8 miesięcy. Jak tylko dostałam tę licencję, natychmiast założyłam działalność gospodarczą, wynajęłam gabinet z salą szkoleniową i tak dalej, więc zaczęłam działać jeszcze będąc w szkole. Tak samo jeszcze będąc w Szkole Profesjonalnego Coachingu zostałam koordynatorką Klubu Coacha w Katowicach i też jeszcze będąc w szkole organizowałam pierwsze warsztaty Klubu Coacha. Więc to nie jest tak, że założenie firmy czy pójście do szkoły były momentem przełomowym. Najbardziej przełomowym było podjęcie decyzji. Decyzję podjęłam jesienią, a w lutym już zaczynałam szkołę.

KL: Zastanawiam się jak to jest, bo to jest ryzykowne: założyć firmę, też nie do końca mając pewność, że będą klienci.

MF: Zgodzę się, że tutaj rzeczywiście zawsze istnieje ryzyko. Bo skąd się ci klienci wezmą? Ale to nie jest moja pierwsza firma. Już wcześniej miałam z dwa czy trzy razy swoją firmę, więc wiem, jak to wygląda. Na początku nie miałam jeszcze w ogóle rozbudowanej sieci klientów. Natomiast wiedziałam, jak to się robi, a tego, czego nie wiedziałam, nauczyłam się. Zapisałam się na milion różnych kursów o prowadzeniu firmy, o zdobywaniu klientów, o marketingu, o promocji. Słuchajcie! Nawet ukończyłam kurs pozycjonowania stron internetowych, bo stwierdziłam, że bardziej się opłaca, jeżeli ja się tego nauczę, niż zapłacę komuś, kto by mi to robił, bo jeżeli załóżmy kurs kosztuje 1500 zł, a ja mam komuś jednorazowo zapłacić 500 zł i płacić mu tak kilka-kilkanaście razy w roku, to wolę się tego sama nauczyć. Wiedziałam, czego mi brakuje i nauczyłam się tego.

KK: Czy trudno jest pisać książki? Co Panią natchnęło do tego, żeby napisać książkę?

MF: Pisałam od zawsze, więc dla mnie jest to bardzo łatwe; pisałam, odkąd byłam małą dziewczynką. Pisałam bardzo dużo opowiadań i dopiero po studiach moja mama namówiła mnie do tego, żebym wybrała opowiadania i żebyśmy stworzyły z tego książkę i postarały się ją wydać. Akurat pytałaś o Mama, smoczek! – tę powieść napisałam w ciągu roku. Miałam na to taki luźny pomysł, żeby napisać coś w rodzaju takiej powieści w pierwszej osobie, żeby to było fikcyjne, zainspirowane w jakimś stopniu moim życiem, natomiast żeby to się nie przekładało w całości. Na początku nie miałam za bardzo pomysłu na formę. Mój syn miał zwyczaj budzić się o godzinie 4:30, wystarczyło go nakarmić i potem do dwóch godzin potrafił w łóżeczku się bawić, więc przychodziłam do niego z laptopem i przez ten czas pisałam. Codziennie. I tak po roku napisałam kilkaset stron, które później przejrzałam i stworzyłam z tego powieść. Więc ta książka powstała niejako przy okazji. Dlatego, że lubiłam pisać i chciałam się czymś zajmować w czasie, kiedy on był w dobrym nastroju i mógł się sam sobą zająć.

KL: Jak to się stało, że powstał projekt Fight and Innovate?

MF: Z inspiracji, ze spotkania. Spotkałam człowieka, który ma bardzo duże doświadczenie: jest coachem, szkoleniowcem, i ma bardzo duże doświadczenie w pracy z zespołami, grupami. Rozmawialiśmy o life coachingu i coachingu twórczości. Mówiłam, że bardzo mocno w tym life i creativity coachingu siedzę i że świetnie się w tym czuję, że klienci chcą do mnie przychodzić. Mówiłam też, że nie do końca czuję, że coaching zespołowy czy grupowy jest dla mnie, ale też nie mam konkretnego doświadczenia, bo nic z tym nie robię. A on mówi do mnie tak: „Jak cię słucham, to słyszę, że opowiadasz mi jakbyś miała robić coś, co do ciebie nie należy i nie jest twoje. Jakby ten coaching zespołowy to była jakaś inna historia, nie ty. To czemu sobie nie zrobisz swojego coachingu zespołowego? Taki żeby był całkowicie twój, żeby się z tobą zgadzał”. Wtedy sobie pomyślałam: dlaczego nie? Że stworzę własny projekt oparty o własne pomysły i zacznę go sprzedawać i sprawdzać, jak on się ma w tych firmach, z którymi współpracuję. Wtedy może przestanę mieć jakiekolwiek wątpliwości. Z tym coachingiem zespołowym to było tak, że: „Chciałabym, ale się boję”. Więc jak stworzyłam projekt Fight and Innovate i zaczęłam pracować w ramach tego projektu, czyli łączyć coaching z komunikacją, motywacją i kreatywnością, szybko okazało się, że to jest bardzo dobry temat, że to jest coś oryginalnego, że to jest całkowicie autorska jakość, która się podoba, która się przyjmuje, która bardzo dobrze pracuje w zespole. Stąd pomysł – z rozmowy.

KK: Jak się Pani widzi za dziesięć lat i jak chce Pani zostać zapamiętana?

MF: Myślę, że za dziesięć lat będę miała bardzo mocno rozwiniętą swoją markę i mój ośrodek Katowickie Centrum Psychologii i Coachingu. Bóg wie, co ja jeszcze będę robiła. Z pewnością będę robić coś okołocoachingowego. Jestem osobą, która ma poczucie misji zmienia świata na lepsze. Jeżeli sobie wyobrażam, że po pięćdziesiątce miałabym wkroczyć na tą ścieżkę ogromnej kobiecej mocy i energii do zmieniania świata na lepsze, to wydaje mi się, że coś niesamowitego będę musiała wtedy robić. Sama sobie zazdroszczę, że dożyję tego wieku. A jak chciałabym zostać zapamiętana? Chciałabym być zapamiętana na dwa sposoby. Pierwszy sposób to jest taki, w jaki pamiętają mnie moi bliscy, czyli mój syn, mój mąż, moja siostra i inne bliskie osoby, i myślę, że chciałabym być zapamiętana przez nich jako ktoś, kto miał z nimi bardzo dobrą relację, jako osoba pełna miłości, dobroci, cierpliwości, wyrozumiałości, ktoś, kto zawsze mógł być dla nich wsparciem. Natomiast jeśli chodzi o inne osoby na świecie, to chciałabym być zapamiętana jako osoba, która była kimś pomiędzy mentorem a inspiratorem, czyli ktoś, kto inspiruje do zmian i pomaga je wprowadzać w życie.

KK: Nas Pani zainspirowała. Dziękujemy za wspaniały wywiad i poświęcony nam czas.

Wywiad przeprowadzono 3.03.2016

Z Martą Smolińską, certyfikowanym coachem i trenerem rozmawiają studentki I roku CiDF (2015/16)

M. Smolińska

Katarzyna Leciej: Dzień dobry!

Marta Smolińska: Dzień dobry!

Alicja Michalska: Dzień dobry! Z tej strony Alicja i Kasia. Bardzo cieszymy się, że zgodziła się Pani na rozmowę z nami i poświęci nam chwilkę. Może od razu zaczniemy.

MS: Dobrze, nie ma sprawy!

AM: Pierwsze pytanie: kiedy i jak zaczęła się Pani przygoda z coachingiem?

MS: <Śmiech> To jest trudne pytanie. Hm… Tak naprawdę pomysł, żeby pracować coachingowo, w ogóle żeby pracować z ludźmi, zrodził się jakieś dziesięć lat temu. Od tamtej pory dość konsekwentnie szłam w tę stronę. Prawda jest też taka, że jak dziesięć lat temu usłyszałam słowo „coaching”, to jeszcze to słowo ani nie było znane, ani popularne, ani nie było wiadomo, co się pod tym słowem tak naprawdę kryje. Wtedy jeszcze nie dotarłam do żadnych sensownych szkół i poszłam troszkę inną drogą. Po studiach podyplomowych, które były dla mnie inspiracją, zdecydowałam się na dwuletnią szkołę trenerską, która była rekomendowana przez Polskie Towarzystwo Psychologiczne – i tam też nauczyłam się wielu kompetencji, które potem bardzo mi służyły. Gdyby tak naprawdę dobrze się przyjrzeć, to już wtedy pracowałam blisko takiego rozumienia pracy z człowiekiem, jakie przyjmuje coaching, ale nie był to coaching rozumiany jako pełna, odrębna metoda. Tak naprawdę zawodowym, profesjonalnym, takim „pełnowymiarowym” coachem jestem ponad trzy lata.

KL: Czym zajmowała się Pani wcześniej?

MS: Wcześniej zajmowałam się głównie rozwijaniem miękkich kompetencji, i to była praca głównie w kształceniu kadr pomocy społecznej. W dużym stopniu intuicyjnie stosowałam wiele elementów bliskich coachingowi, a nawet o tym nie wiedziałam. Ze zdziwieniem później odkryłam „ O! przecież ja to robię!”. To oczywiście nie było pełnym, profesjonalnym coachingiem. Natomiast bardzo dużo kompetencji używałam już wcześniej, co na pewno potem mi pomogło.

KL: Co było przełomowym momentem w Pani karierze coachingowej?

MS: Nie pamiętam bardzo przełomowych momentów, chociaż wyróżnię kilka ważnych. Miałam szczęście skończyć bardzo dobrą, długą i intensywną szkołę coachingową – to było coś, co samo w sobie było dobrym początkiem i od razu przełomem, ponieważ to była szkoła, która dała mi bardzo duży warsztat pracy i naprawdę szerokie kompetencje i dobre rozumienie pracy z ludźmi. Szkoła Profesjonalnego Coachingu, o której mowa, to było coś, co umożliwiło mi dobry start. Jak już wystartowałam i zaczęłam pracować coachingowo, to zaczęłam też zwracać dużą uwagę na to, co mi leżało na sercu – żeby ten zawód cały czas podlegał procesom profesjonalizacji, środowisko się integrowało i żebyśmy my jako coachowie nawzajem się wspierali i rozwijali. To coś z poziomu takiej misji – tego, żeby coaching był profesjonalny i świadczony w oparciu o wysokie standardy. Wtedy zajęłam się koordynowaniem Klubu Coacha we Wrocławiu – najpierw wspierając, później robiąc to sama. Organizowałam warsztaty, zapraszałam różnych ciekawych ludzi – po to, żebyśmy my coachowie we Wrocławiu mogli się spotykać i rozwijać. Następnie, będąc w Izbie Coachingu, zostałam dyrektorem oddziału dolnośląskiego – i to w jakiś sposób też spowodowało mój osobisty rozwój na poziomie tożsamości. To jednocześnie wiąże się ze wspieraniem coachów, ale z drugiej strony z pełną świadomością patrzenia na to, co się dzieje – a dzieją się też różne nieprawidłowości, niestety: rynek pełen jest osób, które nazywają się coachami, ale nie ukończyły odpowiednich szkoleń i nie posiadają kompetencji. To też spowodowało jednocześnie wzrastanie takiego poczucia odpowiedzialności za to, co ja mogę w związku z tym zrobić. Dosyć mocno zbiegało się to z tym, że zaczęłam pracować na uczelniach i być wykładowcą coachingu. To znowu spowodowało, że promuję i zachęcam do tworzenia programów zgodnych ze standardami czy pod patronatem na przykład Izby Coachingu; jest to dla mnie bardzo ważne. Bycie spójną w tym, w co wierze i bycie spójną w tym, co robię. Taką klamrą, która teraz jest ważnym przełomem, jest właśnie współpraca z Instytutem Psychoedukacji i Rozwoju Integralnego, w którym się wykształciłam. To jest trochę powrót do miejsca, z którego wyszłam – i to też daje mi takie mocne ugruntowanie, mocne poczucie, że jestem we właściwym miejscu z właściwymi ludźmi i idę we właściwym kierunku. To są takie mocne zawodowe kroki, a jednocześnie to wszystko związane jest z takimi moimi wewnętrznymi dużymi krokami rozwojowymi na poziomie i tożsamości, i na poziomie bycia spójną i określaniu tego, co jest dla mnie naprawdę ważne w tej pracy.

AM: Co należy do głównych zadań Instytutu Psychoedukacji i Rozwoju Integralnego?

MS: Nie wiem czy to jest dobre słowo – „zadań”… Powiem, co faktycznie jest ważne dla Instytutu. Instytut jest ośrodkiem rozwojowym, ale chyba najbardziej znany jest z kształcenia coachów, czym zajmuje się już wiele lat. Był jednym z pierwszych takich miejsc w Polsce i jako jedna z takich placówek mocno windowała standardy do góry. Była promotorem prowadzenia treningu interpersonalnego w programach kształcenia, wprowadzenia superwizji, wielu godzin praktycznej nauki w miejsce dużo krótszych kursów, i na koniec – szerszego spojrzenia na zastosowanie coachingu, który w Polsce zaczynał się od zastosowania w biznesie. Później wiele standardów pracy i kształcenia coachów wprowadzanych w Szkole Profesjonalnego Coachingu znalazło swe odzwierciedlenie na przykład w Systemie Akredytacji Izby Coachingu. Sam Instytut, a szczególnie jego założyciel Leszek Zawlocki był zawsze mocno obecny i zaangażowany w to jak może i jak powinien wyglądać zawód coacha w Polsce: czy przy tworzeniu Izby Coachingu, czy przy tworzeniu standardów etycznych, czy wspominanych standardów akredytacji w Izbie Coachingu. Obecnie jest bardzo dużo szkoleń i kursów specjalistycznych i one zawsze są na bardzo wysokim poziomie, i zawsze też prowadzone przez dobrych ekspertów – łącznie z kształceniem uruchamianym w kierunku coachingu zespołowego i pracy z grupami. Z jednej więc strony Instytut koncentruję się na kształceniu coachów, ich doszkalaniu, prowadzeniu superwizji, a z drugiej strony ma ciągłą łączność z innymi klientami, instytucjonalnymi organizacjami, biznesem – po to, żeby ten przepływ doświadczeń i przepływ wiedzy cały czas funkcjonował; oferuje też dużo inicjatyw dla ludzi w postaci różnych szkoleń czy warsztatów rozwojowych. Tam się bardzo wiele dzieje na różnych płaszczyznach.

AM: Co najbardziej ludzi Pani w swojej pracy?

MS: <Śmiech> Co ja najbardziej lubię w swojej pracy? Lubię wiele rzeczy! Opowiem o dwóch. Najbardziej lubię takie spontaniczne telefony od klientów. Dzwoni do mnie klient i pyta: „… a jak się czuje coach, kiedy słyszy, że jego klient robi to i to…” i opowiada o swoim sukcesie. Wtedy pojawia się na mojej twarzy szeroki uśmiech i pewnie jakiś, być może, taki „błędny wzrok”. Bardzo przyjemne są dla mnie te momenty, kiedy to nawet po długim czasie dostaję smsa lub e-maila: „Wiesz, Marta, u mnie jest tak i tak… dzięki coachingowi zadziało się to i to… zrobiłam/em to…”. To są bardzo przyjemne momenty. Właśnie chyba te po dłuższym czasie są najprzyjemniejsze; wtedy wiem, że „ten coaching działa”, i działa na długo. Klienci sami mocno się zmieniają w wyniku coachingu: biorą dużą odpowiedzialność za swoje życie, stają się sprawczy, mają więcej optymizmu, więcej działają na swoją korzyść, a nie przeciwko sobie… A to, że to działa na długo i po dłuższym czasie funkcjonują właśnie w ten sposób jest dla mnie dowodem na to, że te kompetencje, ten rozwój, który w nich nastąpił, wiązały się nie tylko z osiągnięciem jakiegoś celu, tylko trwałą zmianą ich „jakości bycia”. Nie mówiąc o czystej ludzkiej radości z tego, że komuś się udaje, wiedzie, że mu dobrze w jego życiu czy pracy… Szalenie lubię również widzieć, obserwować jak młodzi adepci coachingu się go uczą, jak sami na sobie doświadczają tego, co dzieje się na przykład na zajęciach. Otwierają się im oczy i te oczy czasami jakby „miały z orbit wyskoczyć” <śmiech>. Ta radość po zajęciach, kiedy są taaacy zmęczeni, bo ciężko pracują. Na takie studia czy do takich szkół zwykle przychodzą ludzie, którzy wiedzą, czego chcą, albo przynajmniej w trakcie dowiadują się, że dokładnie tego chcą i zakochują się i w rozwoju własnym i w pomaganiu w sposób profesjonalny; odczuwają to na sobie. To są też te niezwykle przyjemne momenty, kiedy czy to na przerwach, czy to po zajęciach podchodzą i widzę jacy są zmęczeni i usatysfakcjonowani, czasami bardzo poruszeni… Te momenty bardzo lubię. To są chyba właśnie te dwa, które lubię najbardziej.

KL: Co chciałaby Pani jeszcze osiągnąć? Jakieś marzenia? Cele?

MS: Jeśli chodzi o mnie i o coaching to chciałabym, żeby nic mi się nie zmieniło, żebym dalej miała radochę <śmiech>. Żebym dalej robiła to z przyjemnością, ale myślę, że tu nie ma ryzyka, żeby się to szybko zmieniło. Aczkolwiek jest to na pewno zawód obarczony pewnym ryzykiem wypalenia zawodowego i warto o tym pamiętać, ale na ten moment nie widzę, żeby mi to groziło. Natomiast mam takie marzenie odnośnie tego, jak bym chciała, żeby wyglądał sam coaching w Polsce… Marzy mi się, żeby o coachingu w Polsce mówili ludzie, którzy się na nim znają, bo teraz bywa bardzo różnie. Marzy mi się także, żeby coachem nazywał się ktoś, kto ma przygotowanie do tego, żeby pełnić taką rolę zawodową, więc marzy mi się taki moment, żeby coachami nazywali się ci, co są coachami; że w Polsce o coachingu mówią ci, którzy się znają na coachingu, a nie tylko mają znane nazwisko, i że klienci otrzymują dobrą usługę – sięgają po nią ze świadomością co mogą dostać i rzeczywiście to dostają. Tak... To mi się marzy. Pewnie to trochę taka utopia, ale jestem człowiekiem, który marzy, więc ja o tym marzę. Marzę, że w tym wszystkim jakoś jestem i niosę jakieś dobro – i dla środowiska coachingowego, i dla siebie samej, i dla klientów, i dla studentów, dużo tego…

AM: Co zyskała Pani dzięki coachingowi? Zmienił on coś w Pani życiu lub w Pani samej?

MS: Yhm. Bardzo dużo. Zaczęłam swoją osobistą pracę nas sobą i z własnym rozwojem jeszcze wcześniej, praktycznie dziesięć lat temu. Coaching był taką kropką nad „i”. Dopełnił całość tego, co wcześniej ze sobą zrobiłam. Dopełnił na polu brania odpowiedzialności i poczucia sprawczości. Tak naprawdę zawsze jesteśmy sprawczy – bo w końcu jak nie działamy, to ostatecznie też coś sprawiamy… Natomiast uświadomienie sobie tego i wzięcie odpowiedzialności, dojrzewanie w takiej wolności, że ja mogę, nie muszę, czyli ja wybieram – to jest sedno. To taki proces dojrzewania, któremu przez całe życie podlegamy, a coaching ma w sobie taki „podtlenek azotu”, takie „turbodoładowanie” <śmiech>. Coaching bardzo mocno przyśpieszył w moim życiu wszelkie zmiany, których doświadczałam już wcześniej, spowodował, że zaczęłam wszystko, co robię, robić jeszcze bardziej świadomie i jeszcze bardziej odpowiedzialnie. Tak naprawdę coachingowi zawdzięczam szalenie dużo Wszystko to gdzie jestem dziś zawdzięczam coachingowi i… sobie – temu, że się tym zajęłam i zajęłam się tym pracując nad sobą i na sobie.

KL: Czy umiejętności coacha przeszkadzają w życiu prywatnym, czy raczej pomagają?

MS: Trzymanie granic jest zdrowe <śmiech>. Zdrowe dla relacji i z szacunku do innych jest dobrze nie mieć tendencji „żeby coachować wszystko, co na drzewo nie ucieka”, w tym własnego męża, któremu zdarzyło się kiedyś powiedzieć: „Nie stosuj na mnie tych swoich psychologicznych sztuczek” <śmiech>. Ważne jest to, żeby otoczenie nie miało poczucia, że jest przedmiotem, ale podmiotem. Gdy zaczynamy stosować elementy coachingu robiąc to bez ich zgody i bez pytania, a jesteśmy w relacji przede wszystkim przyjacielem, to tak naprawdę robiąc to często wychodzimy z prawdziwego, osobistego kontaktu, łatwiej nam schronić się w roli coacha, niż być osobiście… Trzymanie granic tego kim jestem i w jakiej roli jestem i gdzie – jest bardzo ważne. Jednocześnie jednak jak się umie pływać, to się nie da przestać umieć pływać. Jeżeli pojawiłaby się jakaś trudniejsza sytuacja czy rozmowa, to w sposób naturalny ktoś, kto jest coachem, ma większe umiejętności, by umieć usłyszeć drugą osobę pomimo pojawiających się trudnych emocji. Prędzej zada pytanie albo prędzej wyrazi to, co czuje w komunikacie typu „ja”, niż na przykład pójdzie na skróty prostą, powierzchowną oceną, która jeszcze na dodatek mogłaby być agresywna i naruszać granice drugiej osoby. W sposób naturalny te kompetencje komunikacyjne czy bycia z ludźmi są więc większe. Pod warunkiem, że pamiętamy, że jak jestem żoną – to jestem żoną, jak jestem koleżanką – to jestem koleżanką, a jak jestem coachem – to jestem coachem… i jednak co innego robię, a co innego zostawiam i inaczej patrzę na drugą osobę.

AM: Co myśli Pani o związku coachingu z filozofią, jaki oferuje nowy kierunek na naszej uczelni?

MS: Coaching wyrasta w dużej mierze w filozofii. Dla mnie osobiście pojawia się taki rodzaj radości, że filozofia przestaje być czymś, co może przejść tylko pod strzechy. Tym bardziej, że był (a może jest?) taki moment w edukacji, kiedy nacisk kładziony był na same techniczne i ścisłe kierunki, a humanistów traktowano trochę z przymrużeniem oka. Jednak cywilizacja, ludzkość jako taka – jeżeli ma się rozwijać – nie rozwinie się dobrze bez humanistów i bez filozofii. Więc gdy myślę o takim połączeniu coachingu z filozofią, to pojawia się taka jakaś… nadzieja. Świadomość i pytania, które niesie za sobą filozofia połączona z coachingiem, jako metoda praktyczna, może wiele wnieść w takim głębszym rozumieniu siebie, życia i świata. Jest to taka nadzieja też na poziomie egzystencjalnym – że mogą nam takie propozycje pomóc żyć świadomiej i mądrzej, przeżyć życie dobrze… a mamy ponoć jedno życie (chyba, że ktoś wierzy w reinkarnację). Myślę, że jest to ciekawe połącznie i zainspiruje tych, którzy kształcą się na tym kierunku, chcących robić coś, co może trafić do ludzi, którzy nie są filozofami: móc wesprzeć, towarzyszyć im w ich drodze życiowej, stanąć przed ważnymi pytaniami.  

AM: Pani najbliższe plany zawodowe...

MS: Najbliższe plany zawodowe… Kontynuować to, co robię teraz. Tak naprawdę na ten moment nie mam potrzeby jakichś dużych zmian. Czyli chcę rozwijać Instytut Psychoedukacji i Rozwoju Integralnego we Wrocławiu, rozwijać Izbę Coachingu, dalej prowadzić swoją działalność Harmony Coaching, być aktywną w Wyższej Szkole Bankowej… Jednocześnie coraz mocniej rozwijam się w nurcie Gestalt i tak myślę, że na takim osobistym poziomie mojej pracy bardzo mi to dużo daje, jako coachowi. Przyglądam się, co może coaching zaczerpnąć z Gestaltu, choć nie jestem w tym pierwsza, oczywiście. To jak ja rozwijam swój warsztat pracy właśnie czerpiąc z Gestaltu, to jest jakieś wyzwanie i kolejna przestrzeń, na odkrycie której cały czas mocno się cieszę. No to takie mam wyzwania!

KL: Rada dla na studentów coachingu?

MS: Nie przestawać się uczyć, superwizować się i pracować, pracować, pracować… Czyli nie przestawać na samej nauce, bo bez treningu, bez praktyki nie da się zostać coachem. Pracować ze sobą, rozwijać się, własną świadomość, własną odpowiedzialność i własną wolność. Cieszyć się życiem tu i teraz. Coaching mówi dużo o przyszłości, natomiast to do czego ja chciałabym troszkę zachęcić, to żeby też nie żyć cały czas jutrem, bo ostatecznie zawsze jutro będziesz też myśleć o jutrze, i w kolejne jutro o kolejnym jutrze… wtedy to życie gdzieś się gubi. Żyć tu i teraz.

AM: Czy ma Pani osobę, która Panią inspiruje?

MS: Mam wiele takich osób. Na pewno nie wiem czy inspiruje, ale czerpię dużo z mojego męża. Jest on osobą potrafiącą w niezwykły sposób odróżnić rzeczy ważne od mniej ważnych; zachowuje wewnętrzną harmonię i spokój, czyli coś, co jest dla mnie w moim życiu bardzo ważne i co mi bardzo pomaga. Czasami na niego patrzę i uświadamiam sobie po raz kolejny na nowo, że takie skupienie się na tym, co jest faktycznie ważne, jest dla mnie lepsze niż gonienie za wszystkim. Jeśli natomiast chodzi o życie zawodowe… na pewno człowiekiem, który zawsze stawiał poprzeczkę tak, że musiałam się trochę spocić, żeby doskoczyć, taką osobą, która mocno mnie inspirowała i jednocześnie mocno pobudzała do rozwoju, to zawsze był Leszek Zawlocki. Jest to osoba, która była moim nauczycielem coachingu, potem superwizorem, a teraz jest osobą, z którą współdziałam w ramach Instytutu – i do tej pory wciąż jest osobą, która najlepiej i najmocniej stawia wyzwania. Ciekawe, co pomyśli, jeśli to przeczyta <śmiech>. Ale nie powiedziałabym prawdy, gdybym powiedziała, że tylko Leszek. Mam to szczęście, że wokół mam wielu przyjaciół, znajomych, którzy mnie inspirują, wspierają, towarzyszą… im wszystkim bardzo dziękuję.

KL: Jak widzi się Pani za dziesięć lat ?

MS: <Śmiech> Jak ja się widzę za dziesięć lat ? Hm... Zwykle planuję w cyklach pięcioletnich..

AM: Dobrze, możemy to skrócić do pięciu lat

MS: Te dziesięć lat też może być fajne... Poczekajcie... Zamknę oczy... Chyba jednak potrzebuję pięć lat. Chyba dalej robię to, co robię… W sumie za dziesięć lat też robię to, co robię… Za piętnaście lat chyba też… <śmiech>. Nie przewiduję dużych zmian. Widzę siebie jako osobę, która ma poczucie, że coś fajnego zrobiła dla środowiska coachów w Polsce i dla siebie samej zawodowo. Nie umiem powiedzieć dokładnie, co to jest. Nie wszystko planuję na przyszłość, więc jestem gotowa na niespodzianki. Chyba nawet jestem ciekawa wszelkich niespodzianek, które życie może przynieść. Na pewno to, co bym wciąż chciała czuć za dziesięć lat, to wewnętrzną harmonię, balans i radość z tego, co robię, poczucie sensu. To jest chyba najważniejsze. Wyobrażam sobie siebie za dziesięć lat otoczoną bliskimi ludźmi, których kocham i którzy mnie kochają, świadomą tego, gdzie jestem i kim jestem. Może to brzmi tak ogólnie, ale to jest dla mnie najważniejsze. Nie jestem pewna, którego pierwiastka za dziesięć lat będzie we mnie najwięcej i kim będę. Cały czas łączę różne rzeczy. Jestem ciekawa. Po prostu…

AM: Pani ulubione miejsce na relaks?

MS: Hm... Albo woda, gdy zanurzam się w wodzie, w morzu, gdzieś, gdzie nie ma blisko ludzi, nie ma hałasu. Na przykład zatoczka, gdzie nikogo nie ma. W takich chwilach największego relaksu lubię samotność, ale nie absolutną samotność, lecz dzieloną z najbliższymi osobami. Albo chodzenie po górach – i też w małej grupce lub sama. To jest jeden rodzaj relaksu wiążący się z takim odcięciem, oderwaniem. Bardzo dużo dają mi też podróże. Uwielbiam podróżować, jeździć, bez biur podróży, sama z mapą, w miejsca, gdzie mogę dotknąć innej kultury, gdzie mogę dotknąć życia ludzi, gdzie mogę ich poznać, gdzie mogę posmakować ich kuchni, popatrzeć jak żyją i trochę nabrać dystansu do swojego życia, zmienić perspektywę… I chociaż jest to bardziej proces nauki, poznawania, zaspokajania ciekawości i przygody niż samego stricte relaksu, to powoduje to we mnie taki „detoks głowy”, takie przewietrzenie, taki zdrowy przeciąg… – wiecie... – który powoduje, że automatycznie pojawia się jakiś rodzaj rozluźnienia na głębszych poziomach w moim życiu. Takie rozluźnienie, dystans, spokój i zaufanie, że to życie się toczy w dobrym jednak kierunku.

AM: Ile podróży ma Pani za sobą?

MS: No, trochę mam… ale też nie jestem jakimś szalonym podróżnikiem. Europę w większości mam zwiedzoną, bardzo lubię Bałkany. Może w tym roku uda się odwiedzić Albanię albo Skandynawię – Norwegia jest też na tapecie, zobaczymy... Natomiast podróże, z którymi mam najwięcej wspomnień, to takie, które wiążą się z jakimiś wyzwaniami. Na przykład Kaukaz i Gruzja. Pojechaliśmy tam samochodem, objechaliśmy Morze Czarne, i to była taka moja osobista ogromna przygoda i rozwój, gdzie miałam takie poczucie, że przekroczyłam bardzo mocno swoje wewnętrzne lęki, ograniczenia i sięgnęłam do marzenia i to.., pieruńskiego kopa daje. Podobnie Maroko, szczególnie, gdy zapuściliśmy się w głąb kraju… i zepsuł nam się samochód. Albo podróż do Azerbejdżanu, taki wyjazd bardziej plecakowy, a niespecjalnie turystyczny… Marzy mi się, żeby znowu gdzieś pojechać... Azja Środkowa bardzo mnie ciągnie. Pojechać gdzieś, gdzie nie czuję, że jestem u siebie, gdzie mogę polegać na sobie, mogę siebie doświadczać, mogę siebie słuchać, mogę się odważać. Potem jest co wspominać... Jest to więc chyba to, co mnie tak ciągnie w tych podróżach.

KL: Niezapomniane miejsce, do którego z chęcią by Pani wróciła, to...?

MS: Tak, jest takie. Chyba najbardziej Tuszetia – to jest taka kraina w Gruzji, do której jedzie się przez góry jedną jedyną szutrową drogą. Ta droga ciągnie się zboczem góry, pnie przez przełęcz, a widoki obejmują straszne przepaści. Po kilku godzinach dojeżdża się do kilku wiosek, które są jakby zgubione w świecie. Niedaleko jest Dagesten i Czeczenia. Ma się takie poczucie, że jest się trochę na krańcu świata. Można się tam rozbić namiotem koło wsi, a gdy na dzień dobry do namiotu czy samochodu zaglądają krowy, to ma się poczucie zupełnie innego świata... Tam chciałabym wrócić. Pomimo tego, że w Gruzji byłam już dwa razy, a może w tym roku uda mi się trzeci raz, to w Tuszetii byłam tylko raz i to jest chyba jedno z niewielu miejsc, do których po prostu chcę wracać. Zwykle chcę nowych miejsc, ale tam bardzo chciałabym wrócić.

AM: Bardzo chciałybyśmy podziękować, że poświęciła nam Pani ten czas. Mamy nadzieję, że pytania się podobały i nie tylko my będziemy mile wspominać tę rozmowę. Przy okazji bardzo serdecznie chciałybyśmy zaprosić na kolejne spotkanie z Pani udziałem w ramach Zielonogórskich Spotkań Rozwojowych.

MS: Bardzo było mi miło! Dziękuje bardzo za zaproszenie do tej rozmowy. Mam nadzieję, że to, co powiedziałam będzie się Wam dobrze pisało, a Czytelnikom dobrze czytało i że coś to wniesie.

KL: Do zobaczenia! Bardzo dziękujemy!                                                                                             

AM: Miłego dnia!                                                                                                             

MS: Dziękuję, nawzajem! Trzymajcie się! Pa!

 

Wywiad przeprowadzono 11.03.2016

Z dr Ewą Mukoid, coachem PCC ICF rozmawiają studentki I roku CiDF (2015/16)

Katarzyna Leciej: Dzień dobry! Bardzo cieszymy się, że zgodziła się Pani na wywiad!

Ewa Mukoid: Ja też bardzo się cieszę!

Alicja Michalska: Kiedy i jak zaczęła się Pani przygoda z coachingiem?

EM: Zaczęła się mniej więcej na początku tego tysiąclecia. Będąc we Francji, pracowałam wtedy w międzynarodowej korporacji z centralą w Paryżu, kupiłam gazetę – w tej chwili już nie pamiętam czy filozoficzną, czy psychologiczną – i tam było coś o coachingu. Pomyślałam sobie: „Super, to jest dokładnie to, czego poszukiwałam, potrzebowałam i o czym myślałam”. Bo wcześniej myślałam o tego typu działaniach, natomiast nie miałam ich skonceptualizowanych, więc gdy okazało się, że coś takiego istnieje, bardzo się ucieszyłam i pomyślałam: „O! to jest właśnie filozofia w działaniu!”. Nie tylko czytanie, pisanie, dyskusja, komentowanie, ale faktycznie życie, działanie, zmiana, wprowadzanie tego, co jest ideą, w materialny, namacalny, procesowy kształt.

KL: A czym zajmowała się Pani wcześniej?

EM: Wcześniej zajmowałam się mnóstwem rzeczy. Jestem z wykształcenia filozofem i romanistką. Karierę zawodową zaczynałam od pracy na uczelni, na Uniwersytecie Jagiellońskim. Ale gdy w Polsce zmienił się system polityczny i gospodarczy, pomyślałam, że spędzenie reszty życia w bibliotekach to nie jest najlepszy pomysł. Zabrałam się za działalność gospodarczą, byłam handlowcem, prowadziłam firmy, wykorzystywałam znajomość francuskiego. Nawet przepracowałam ponad rok na zagranicznej budowie. Teraz myślę, że to było trochę jak z Kartezjuszem, który gdy znużył się i rozczarował studiowaniem mądrych ksiąg, w których nie znalazł mądrości, postanowił zacząć czytać w wielkiej księdze życia. Wciągnęłam się w wir życia praktycznego, które jednak po pewnym czasie okazało się dość jałowe i zaczęło mi brakować tego życia bardziej refleksyjnego, głębszego, bardziej kontemplacyjnego. To były zatem te dwa wektory, które doprowadziły mnie do coachingu: z jednej strony filozofia, refleksja, świadomy namysł nad człowiekiem, nad światem, a z drugiej strony – taka wewnętrzna potrzeba aktywności, realizacji, zostawiania swojego odbicia, śladu.

AM: Jak brzmi Pani definicja słowa „coaching”?

EM: Jest to definicja zgodna z ICF, a mianowicie coaching to partnerska relacja z klientem, żeby urzeczywistnić, wzmocnić, wydobyć jego potencjał, po to, żeby mógł on zrealizować dobre dla siebie zmiany, przy czym klientem może być zarówno osoba indywidualna, jak zespół. A może nawet społeczeństwo…

KL: Czy myśli Pani, że coaching to zawód przyszłości? Jeśli tak, to dlaczego?

EM: Tak, wygląda na to, że jest to zawód przyszłości, staje się nim coraz bardziej. A dlaczego? Jest wiele różnych powodów, które zbiegają się i wzajemnie wzmacniają. Jeden to ten, że życie, świat, sytuacja zmieniają się bardzo szybko i stają się coraz bardziej skomplikowane. Tak więc dawniejsze rozwiązania, gdzie ludzie mieli prostą drogę, zaczynali jakąś karierę i wiadomo było z grubsza jak ona będzie wyglądała, budowali rodziny i też było wiadomo mniej więcej jak to będzie wyglądało – obecnie nie sprawdzają się. Jest to efekt po-nowoczesności, z jej płynnością, różnorodnością i nieprzewidywalnością. Jedni dają sobie z tym radę lepiej, drudzy – gorzej, ale bez względu na to jak sobie radzą, wielu zauważa, że lepiej dawać sobie radę, korzystając z pomocy specjalistów. Po prostu jesteśmy coraz bardziej wyspecjalizowani. Dawniej ludzie sami szyli sobie buty, opiekowali się swoimi chorymi, robili przetwory itd. To była taka gospodarka, gdzie każdy robił wszystko dla siebie. W tej chwili korzystamy z gotowych ubrań, gotowych procesów, usług szytych często na miarę. Jeśli istnieją specjaliści, którzy mają kompetencje, żeby nam pomóc, to czemu mielibyśmy z nich nie korzystać? Kolejnym powodem wydaje mi się potrzeba komunikacji; z jednej strony ludzie cierpią na nadmiar atakujących ich zewsząd komunikatów, a z drugiej strony mają niedosyt takiej prawdziwej, rzeczywistej, głębokiej komunikacji. Budowanie siebie w dialogu z drugim człowiekiem. To daje coaching.

AM: Co najbardziej lubi Pani w swojej pracy?

EM: <śmiech> Chyba nie jestem w stanie powiedzieć co najbardziej lubię w swojej pracy, dlatego, że bardzo lubię wszystko i dużo. Absolutnie nie chciałabym się ograniczać, mówiąc, że najbardziej lubię to, a mniej lubię coś innego. Nie mówiąc już o tym, że zaakceptowałam to, że jestem osobą zmienną, więc być może odpowiedź, której udzieliłabym teraz, już jutro nie byłaby prawdziwa.

AM: Czy trudno jest być coachem?

EM: To jest trochę tak jak powiedzenie czy trudno jest nauczyć się języków obcych; dla jednego jest to łatwe, a dla innych jest to bardzo trudne. Niewątpliwie są osoby, które są do tego specyficznie uzdolnione, co nie znaczy, że ktoś, komu jest trudno nauczyć się języka obcego czy prowadzenia samochodu, nie nauczy się tego wcale. Może nawet zdarzyć się, że osiągnie poziom umiejętności wyższy do kogoś, komu było na początku łatwiej. Tak wiele zależy od naszej woli. I od trenowania. Także umiejętności coachingowe – sądzę – każdy jest w stanie, w mniejszym lub większym stopniu nabyć, oczywiście pod warunkiem, że faktycznie chce i że jest gotów pracować nad nimi.

KL: Co było przełomowym momentem w Pani karierze?

EM: Myślę, że zakończenie współpracy z korporacją; było nam bardzo nie po drodze. Zdałam sobie sprawę, że to już koniec udawania i że w końcu zaczynam robić to, co chcę i jak chcę, a nie tak jak mną życie rzuciło.

AM: Skąd pojawił się pomysł na otwarcie szkoły?

EM: Pomysł pojawił się stąd, że ja bardzo lubię nauczanie. Mocno żałowałam decyzji, że kiedyś tak „lekką rączką” odpuściłam i zrezygnowałam z pracy na uczelni. Teraz odnajduję tę satysfakcję, pracując z ludźmi, którzy niekoniecznie są młodzi, bo często są to ludzie starsi, których mogę nie tyle i nie tylko nauczać zawodu, co być dla nich mentorem, inspiratorem. Ludzie przychodzą do naszej szkoły, żeby zdobyć techniczne umiejętności, a wychodzą z czymś ważniejszym, zmianą siebie, zmianą poglądów na siebie i innych ludzi, z nowymi zachowaniami, umiejętnością lepszego życia.

AM: Czy osiągnęła już Pani sukces, który śmiało może nazwać życiowym?

EM: Nie! Absolutnie nie! On ciągle jest przede mną. To ma być moja wielka książka. Nie wiem kiedy się za nią zabiorę, bo ciągle jest tak, że robię rzeczy, które wydaje się, że teraz powinnam zrobić, i odkładam ten cel życiowy na później. Pewnego dnia jednak trzeba będzie się za to zabrać, bo życie niestety nie jest nieskończone.  

KL: Kto jest lub był Pani inspiracją?

EM: Myślę, że Sokrates jako taki emblemat człowieka, filozofa, nie mędrca, tylko kogoś poszukującego mądrości.

AM: Ma Pani swoją ulubioną książkę, autora?

EM: Bardzo ważną dla mnie książką kiedyś było W poszukiwaniu straconego czasu Marcela Prousta; czytałam ją dawno temu, ale ciągle jeszcze mam wiele z niej w sobie i w pamięci i pewnie do tego bym wróciła. Również Dialogi Platońskie, na pewno Fenomenologia ducha Hegla.

AM: Przeczytałam, że wiernie kibicuje Pani swojej córce. Czy możemy dowiedzieć się czym się zajmuje?

EM: Tak! Możecie. Moja córka jest reżyserem filmów dokumentalnych. Nazywa się Aleksandra Maciuszek. Swoje filmy tworzy gdzieś pomiędzy Polską, Kubą i Meksykiem. Bardzo ją podziwiam, podziwiam jej wytrwałość, upór, pracowitość i odwagę.

KL: Czy praca w zawodzie coacha wpływa na relacje w rodzinie? Czy można przestać „coachować”?

EM: Faktem jest, że bycie coachem zmienia nasze zachowanie, postępowanie i postawę. To jest zmiana na lepsze. To fantastycznie odbija się na naszych stosunkach z najbliższymi, a nawet z dalszymi, na przykład osobami spotykanymi na ulicy, w windzie itd. Coaching uczy, po pierwsze, słuchania; po drugie, otwartości; po trzecie, wiary w wartość drugiego człowieka – wiary w to, że ona w nim jest. Otoczenie – zarówno bliższe, jak i dalsze – reaguje na to bardzo pozytywnie. Czasami bywają także śmieszne sytuacje jak na przykład wtedy gdy moja córka chce ode mnie jakiejś rady i mówi: „Przestań mnie coachować! ja potrzebuję Twojej rady!”. A ja powoli przestaję umieć udzielać rad; po prostu nie czuję się w tym kompetentna. Mogę ewentualnie powiedzieć co ja bym zrobiła, ale to jest tylko to, co ja bym zrobiła, a nie to, co warto by dana osoba zrobiła.

AM: Co ważnego zyskała Pani dzięki pracy?

EM: Myślę, że zmieniłam siebie, stałam się bardziej spokojna i radosna.

KL: Pani ulubione miejsce na relaks...

EM: Ha! Morze! Ciepłe morze, pod niebieskim niebem, plaża… Zresztą nawet nie musi być morze, może być jakaś wielka rzeka lub jezioro. W każdym razie słońce, niebieskie niebo, wysoka temperatura i woda.

AM: Jak widzi się Pani za 10 lat?

EM: Widzę się właśnie gdzieś w takim miejscu, gdy kończę pisać moją Mądrą Książkę i nadal pracuję z ludźmi.

AM: Zdradzi nam Pani jakie to jest miejsce?

EM: Tak, myślę o południu Francji. Mogłaby to też być Ameryka Południowa, ale chyba jednak bardziej Europa.

AM: Trzy cechy profesjonalnego coacha...

EM: Przede wszystkim otwartość, ciekawość i pokora.

KL: Wskazówka od Pani dla nas – studentów coachingu...

EM: Obserwować siebie, ludzi i świat – refleksyjnie, zastanawiać się, nie brać rzeczy tak jak się wydają na pierwszy rzut oka, ale starać się sięgać głębiej, patrzeć z różnych punktów widzenia – zarówno przestrzennych jak i czasowych, indywidualnych jak i wspólnych; doświadczać.

AM: Bardzo cieszymy się i dziękujemy, że znalazła Pani dla nas czas i szkoda, że musimy już kończyć! Jest to dla nas nowe, ciekawe doświadczenie. Chciałybyśmy życzyć Pani wesołych, spokojnych świąt spędzonych w gronie najbliższych.

EM: Też bardzo się cieszę, że to właśnie ze mną przeprowadziłyście swój pierwszy wywiad. Życzę Wam pięknych świąt, takich jakie chcecie, żeby je później dobrze wspominać. Życzę Wam też wielu fascynujących rozmów, spotkań. Dziękuję!

AM, KL: Bardzo dziękujemy! Miłego dnia! Do widzenia!

Wywiad przeprowadzono 21.12.2015